krucjata blog

Twój nowy blog

Wizna, Węgierska Górka, Podbeskidzie, Szack i Wytyczno, to tylko fragment ogromnego wysiłku bojowego, jaki wniosły jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza w obronę Polski w 1939 roku. Na bazie formacji lub z jej udziałem zorganizowano cztery dywizje piechoty, trzy brygady górskie i pułk kawalerii nie licząc mniejszych jednostek jak Batalion KOP „Hel” uczestniczącyw najdłuższej bitwie tej fazy wojny o półwysep helski.

33 Dywizja Piechoty uczestniczyła w bitwie pod Wizną, a następnie dzieliła losy SGO „Narew” tocząc boje z jednostkami Guderiana, kilkakrotnie wypierając Niemców kontratakami z różnych miejscowości. Razem z nią w tym samym rejonie operował Pułk Kawalerii KOP i to jego między innymi żołnierze usiłowali dojść z odsieczą pod Wiznę.

35 Dywizja Piechoty, w której składzie walczył Pułk KOP„Wołożyn” walczyła w obronie Lwowa. Jeszcze 19 września – trzy dni przed poddaniem miasta Armii Czerwonej – żołnierze tej Dywizji kontratakowali usiłując otworzyć drogę zmierzającym w ich stronę jednostkom dowodzonego przez generała Sosonkowskiego zgrupowania resztek Armii Karpaty, w którego składzie szła zdziesiątkowana kopowska 38 Dywizja Piechoty. W czasie wcześniejszych walk kopowcy z 38 DP kontratakiem wyrzucili Niemców z Sadowej Wiszni, a następnie przez cały dzień bronili Janowa kilka razy odbijając miasto z rąk niemieckich i umożliwiając wyjście zgrupowania z okrążenia.

36 Dywizja Piechoty toczyła wielodniowy bój w Górach Świętokrzyskich pod Kazanowem, Barakiem i Iłżą usiłując najpierw zatkać wyłom, jaki w polskich pozycjach uczyniły jednostki niemieckie, a następnie osłonić odwrót wycofujących się wojsk polskich.

2 Brygada Górska wchodząca w skład Armii „Karpaty” sąsiadująca od wschodu z 1 Brygadą Górską wzięła na siebie atak dwóch dywizji niemieckich i dwóch słowackich osłaniając do 4 września styk Armii „Kraków” i Armii „Karpaty”. Podobne losy spotkały 3 Brygadę Górską, której odcinek był następny kierunku wschodnim za 2 BG.

W czasie, gdy żołnierze KOP i wymieszani z regularnymi jednostkami funkcjonariusze Straży Granicznej usiłowali odpierać dwa najazdy imperiów zła, Komenda Główna Straży Granicznej organizowała, a następnie prowadziła obronę Warszawy. Komendantem obrony miasta był ostatni komendant główny przedwojennej SG, gen. bryg. Walerian Czuma.

Żołnierze i funkcjonariusze polskich formacji granicznych zaczęli wojnę na długo nim do walki ruszyły regularne dywizje. Jednostki KOP walcząc najdłużej straciły prawie cały swój stan osobowy na koniec wchodząc w skład większych zgrupowań. Jako pierwsi oddali strzały do wkraczających na polską ziemię wrogich żołnierzy, broń zaś składali pośród ostatnich. Jednak kapitulowały nieliczne oddziały. Niektórym udało się przekroczyć granicę węgierską, by kontynuować walkę na obczyźnie. Większość na rozkaz dowódców rozproszyła się podejmując służbę w konspiracji. Ci, którzy trafili w ręce sowieckie zginęli w zbiorowych egzekucjach symbolizowanych przez Katyń. Katyńska lista strat zawiera 637 nazwisk zidentyfikowanych żołnierzy KOP i 100 nazwisk funkcjonariuszy Straży Granicznej. 

Eksterminacja żołnierzy KOPu trwała także po wojnie. Generał Emil Fieldorf (do stycznia 1939 roku dowodził Batalionem KOP „Troki”) został zamordowany na podstawie bezprawnego wyroku sądu. Pułkownik Antoni Żurowski także skazany na śmierć uniknął egzekucji dzięki akcji zbrojnej podziemia poakowskiego, ale do końca lat 50-tych musiał się ukrywać. Zastępca generała Orlik-Rückemanna, Ludwik Bittner po wojnie został wywieziony na Sybir. Sam Rückemann tak jak wielu jego towarzyszy broni, którym udało się wymknąć z okupowanej Polski, nigdy nie wrócił do kraju. Nieliczni, jak obrońca Węgierskiej Górki, Tadeusz Semik, uniknęli prześladowań. Jednak nie byli mile widziani w „ludowej” armii i pod koniec lat 40. zostali z niej usunięci.

Do czasów współczesnych przetrwali nieliczni. Tym bardziej należy im się z naszej strony szacunek i uznanie.

 

 

 

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu 

po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę 


idź wyprostowany wśród tych co na kolanach 

wśród odwróconych plecami i obalonych w proch 


ocalałeś nie po to aby żyć 

masz mało czasu trzeba dać świadectwo 


bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny 

w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy 


a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze 

ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych 


niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda 

dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają 

pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę 

a kornik napisze twój uładzony życiorys 


i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy 

przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie 


strzeź się jednak dumy niepotrzebnej 

oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz 

powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych 


strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne 

ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy 

światło na murze splendor nieba 

one nie potrzebują twego ciepłego oddechu 

są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy 


czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i idź 

dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę 


powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy 

bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz 

powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem 

jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku 


a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką 

chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku 


idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek 

do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda 

obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów 


Bądź wierny

Idź 

Zb. Herbert „Przesłanie Pana Cogito”



 

Wojna niemiecko – polska ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. W ciągu dziesięciu dni operacji wojskowych Polska straciła wszystkie swoje okręgi przemysłowe i ośrodki kulturalne. Warszawa, jako stolica Polski, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie okazuje przejawów życia. (…) Rząd radziecki polecił wobec powyższych okoliczności Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej, aby nakazało wojskom przekroczyć granicę i wziąć pod swoją opiekę życie i mienie ludności Zachodnie Ukrainy i Zachodniej Białorusi.

Gdy 17 wrześna 1939 roku o 3 rano sowiecki minister spraw zagranicznych Władimir Potiomkin usiłował wręczyć polskiemu ambasadorowi Wacławowi Grzybowskiemu notę zawierającą „uzasadnienie” sowieckiej inwazji na Polskę, nad granicą polsko-sowiecką trwały już walki. Pierwsze strzały do wrogich żołnierze kopowcy oddali między 1.00 a 1.30. Do ataku ruszyła armia dwukrotnie przekraczająca liczebnością całość sił Wehrmachtu zaangażowanych w wojnie przeciw RP. Tymczasem po polskiej stronie czekały niespodziewające się ataku szkieletowe, kadrowe jednostki złożone z rezerwistów, które dopiero miały być stopniowo rozwijane w celu włączenia do walki z Niemcami. Przykładem mogą być Grodno i Wilno. Z Wilna krótko przed inwazją do Lwowa skierowano 35 Dywizję Piechoty, w składzie której znajdował się 207 pułk piechoty sformowany na bazie Pułku KOP „Wołożyn”. Sformowana na bazie Pułku KOP „Grodno” 33 Dywizja Piechoty brała z kolei udział w bitwie o Wiznę. W mieście pozostały pojedyncze nieduże jednostki, w tym Batalion KOP „Sejny”.

Jak wielkim zaskoczeniem był sowiecki „nóż w plecy” świadczyć może fakt, że w Korpusie Ochrony Pograniczanie ogłoszono pogotowia i nie wzmocniono służb. Granicy pilnowano jak w czasie pokoju mimo, że od początku września patrole meldowały o wzmożonym ruchu wojsk po sowieckiej stronie. Tymczasem na jeden złożony z rezerwistów batalion KOP przypadał ze strony sowieckiej cały korpus złożony w znacznym stopniu z weteranów walk na Dalekim Wschodzie.

Ta masa uderzyła o świcie 17 września 1939 roku na strażnice KOP, których załogi liczyły po kilkunastu żołnierzy. Większość po krótkiej walce padła. Jednak walki o strażnice uruchomiły system alarmowy KOP i z każdy kolejnym kilometrem sowieckie oddziały napotykały na coraz większy opór. Najważniejsze starcia miały miejsce w Rejonie Umocnionym „Sarny”, gdzie koledzy bohaterów spod Wizny stawili opór 60 DywizjiStrzeleckiej broniąc przez trzy dni bunkrów, a także obrona Wilna przez m.in. Pułk KOP „Wilno” oraz Grodna, w której uczestniczył Batalion KOP „Sejny”. Działania te umożliwiły odwrót sił polskich, a także ewakuację części urzędów i ludności utrudnione dodatkowo rebelią zamieszkujących te tereny mniejszości narodowych wywołaną przez sowieckich agentów.

Kiedy 21 września sowieci zajmowali Grodno dowódca KOP, gen. bryg. Wilhelm Orlik-Rückemann w rejonie Kuchecka Wola–Kuchcze-Chrapin–Moroczno zgromadził ponad 8,5 tysiąca żołnierzy KOP zebranych z całej granicy, czyli ¾ sił jakimi Korpus rozporządzał na granicy wschodniej 17 września 1939 r. i podjął z nimi marsz na zachód, aby połączyć się z Samodzielną Grupą Operacyjną „Polesie” gen. dyw. Franciszka Kleeberga.

29 września na drodze kopowców we wsi Szack stanęły sowieckie jednostki 52 Dywizji Strzeleckiej. Kiedy czerwonoarmiści zorientowali się, że Polacy podchodzą pod wieś podjęli próbę ataku siłami dwóch kompanii 112 Pułku Strzeleckiego wspieranych przez pluton CKM oraz batalion czołgów. Polacy odpowiedzieli ogniem z działek przeciwpancernych niszcząc w jednym starciu cały batalion – ocalało trzech sowieckich czołgistów, a następnie przeprowadzili kontratak na wieś i w walce na bagnety zdobyli ją. Mimo nieprzyjacielskich kontrataków wieś została utrzymana aż do wymarszu w stronę przeprawy przez Bug w Grabowie, a zdobyte zaopatrzenie poprawiło kondycję i morale Polaków. Natarcie prowadził późniejszy generał Nikodem Sulik, w II Korpusie generała Andersa dowodzący 5 Kresową Dywizją Piechoty. Sowiecka dywizja została rozbita pomimo, że Polacy byli zmęczeni 300 kilometrowym marszem i trwającym od 10 dni odwrotem.

W Szacku pozostawiono część sprzętu, w tym samochody ciężarowe, których nie dało się przeprawić przez Bug. Oddziały SGO „Polesie” były o krok. Nad ranem 1 października 1939 roku w trakcie przekraczania szosy Włodawa-Trawniki koło wsi Wytyczno jednostki KOP zostały zaatakowane przez posuwające się szosą czołgi z sowieckiej 45 Dywizji Strzelców. Atak został odparty. O świcie do natarcia na Polaków ruszyła cała 45 Dywizja, ale i ten atak odparto. Generał Rückemann chciał przeprowadzić kontratak, ale zmęczeni żołnierze nie byli w stanie wykonać rozkazu. Dokładnie w południe na rozkaz Rückemanna oddziały KOP zaprzestały walki i oderwały się odnieprzyjaciela. Skoncentrowani w lesie pod Sosnowicą żołnierze wysłuchali ostatniego rozkazu dowódcy zwalniającego ich z przysięgi i nakazującego rozproszyć się oraz kontynuować walkę partyzancką.

Większej części żołnierzy udało się jednak dotrzeć do SGO „Polesie”, w tym w sposób zwarty jednemu batalionowi, a pozostałym małymi grupami kryjąc się po lasach. Zdążyli jeszcze wziąć udział w ostatniej bitwie tej części wojny, pod Kockiem. Należał do nich mjr Antoni Żurowski, dowódca Baonu KOP „Bereźne”. Pięć lat później, w sierpniu 1944 roku powtórzy on wyczyn Rückemanna jako dowódca powstania na warszawskiej Pradze wygaszając walki i przechodząc z powrotem do konspiracji.

 

Odpowiadając na sowiecką notę ambasador RP w Moskwie, Wacław Grzybowski napisał:

Żaden z argumentów użytych w nocie dla usprawiedliwienia uczynienia z układów polsko – radzieckich świstków papieru nie wytrzymuje krytyki. (…) Suwerenność państwa istnieje, dopóki żołnierze armii regularnej walczą.

ŻołnierzeKOP boleśnie wyjaśnili czerwonoarmistom jak prawdziwe były to słowa.

Kiedy zdrada zmusiła bohaterską obronę Kamieńca Podolskiego do kapitulacji, dwaj oficerowie: dowodzący obroną pułkownik Michał Jerzy Wołodyjowski i kierujący artylerią Hassling Kettling na znak sprzeciwu wysadzili magazyn prochu ginąć pod zwałami gruzu.

We wrześniu 1939 roku ich decyzję powtórzyło dwóch oficerów Korpusu Ochrony Pogranicza, broniących bunkrów w Wiźnie.

 

Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew” miała za zadanie osłonić północną flankę i tyły wojsk polskich. Kluczem do pozycji SGO był odcinek „Wizna” obsadzony przez jednostki sformowane z żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza: 135 Pułk Piechoty złożony z kadry i słuchaczy Centralnej Szkoły Podoficerów KOP w Ossowcu oraz Batalion Forteczny „Ossowiec” sformowanyna bazie Baonu Fortecznego „Sarny”. Z Sarn nad Narew przybyli także kapitan Władysław Raginis – dowódca obrony Wizny i porucznik Stanisław Brykalski, kierujący artylerią.

Grupa Operacyjna „Narew”, w skład której wchodził odcinek„Wizna” odpowiadała za osłonę północnej granicy Polski od Litwy po Chorzele i zabezpieczenie prawej flanki wojsk polskich od strony Prus Wschodnich. System umocnień, w skład którego wchodziły pocarskie twierdze w Ossowcu i Łomży oraz schrony bojowe i umocnienia drewniano-ziemne ciągnące się od Augustowa do Ostrołęki. System umocnień wykorzystywał bagna i lasy doliny Narwi i Biebrzy.

Wizna była słabym punktem tego łańcucha umocnień. Położona była w dorzeczu Narwi i Biebrzy w taki sposób, że koryto Narwii dzieliło ten odcinek na dwie części, a brzeg północno-zachodni, który otrzymał kryptonim „Giełczyn” znajdował się powyżej brzegu południowego (nazywanego „Góra Strękowa”). Z jednej strony Polakom broniącym się na obu brzegach utrudniało to koordynację działań i wzajemną osłonę, a z drugiej po dojściu do rzeki ułatwiło Niemcom obserwację i ostrzał pozycji polskich. Z tego względu przy pomocy małych bunkrów umocniono most i groblę przez bagna.

Do wybuchu wojny wybudowano 16 schronów, w tym 6 ciężkich wyposażonych w pancerne kopuły obserwacyjno bojowe.

5 i 6 września wojskom niemieckim udało się sforsować Narew koło Różana i Pułtuska oraz wejść w lukę między Armią „Modlin” a SGO „Narew”. Następnie 3 i 4 armie niemieckie, które do Prus Wschodnich przebiły się przez„korytarz Pomorski” z Pomorza, wraz z korpusem pancernym Guderiana miały zaatakować na południe i uchwycić przeprawy na Bugu i Narwii w celu okrążenia i zniszczenia wojsk polskich walczących na wschód od Wisły. Celem Guderiana był Brześć.

7 września starły się polskie i niemieckie oddziały zwiadu. Zaalarmowany Raginis rozkazał wysadzić most na Narwii. Do wieczora Niemcy zajęli pozycje na północno-zachodnim brzegu Narwii i Biebrzy. Na drugi dzień Wehrmacht przystąpił do szturmu, ale po sforsowaniu rzek łodziami i w bród żołnierze niemieccy zostali przyparci do ziemi celnym ogniem z polskich stanowisk bojąc się wyjść z nadrzecznych zarośli. Wczesnym popołudniem zaczął się niemiecki ostrzał artyleryjski. Nieliczne polskie działa odpowiaedziały ogniem. Niemiecka artyleria chciała przede wszystkim zniszczyć dwa wysunięte schrony przy wysadzonym moście, gdyż uniemożliwiały one budowę przeprawy przez Narew. W końcu osiągnęli cel i oba bunkry zamilkły.

9 września rano Heinz Guderian wizytował niemieckie pozycje pod Wizną stwierdzając ze zdumieniem, że w ciągu doby jego wojska nie posunęły się nawet o metr. Wściekły posłał piechotę do szturmu na polskie pozycje, a pułkowi czołgów rozkazał przeprawić się promami i wesprzeć atakujących. Do przełamania polskiej obrony ściągnął też cztery duże jednostki drugiego rzutu. Mimo ostrzału artyleryjskiego i bombardowań z powietrza niemieckie szturmy załamywały się raz za razem. Jednak na północnym odcinku, na pozycji „Giełczyn” bronionej przez zaledwie dwie kompanie , czyli jedną trzecią obrońców, Niemcy zaczęli uzyskiwać przewagę. W trakcie kolejnego pojedynku artyleryjskiego poległ porucznik Brykalski. Czołgi i wiązki granatów po kolei wyłączały z walki schrony. Na rozkaz Raginisa załoga odcinka wycofała się, po drodze podpalając most na Narwii pod Strękową Górą, a osaczona przez niemieckie czołgi przedarła się w kierunku Białegostoku przez wywołany przez siebie pożar.

Po południu niemieckim oddziałom udało się też dotrzeć do polskich stanowisk w centrum polskiej pozycji, koło wsi Kurpiki. Pod wieczór piechota ze 135 pułku piechoty przeprowadziła kontratak powstrzymując niemieckie natarcie i odzyskując jeden z ciężkich schronów już raz zdobyty przez Niemców. Niestety, to ostatni polski sukces. Walki o każdy schron trwały do rana.

10 września rano walczyła jeszcze większość ciężkich schronów. Po godzinie 11.00 do schronu dowodzenia dotarł niemiecki parlamentariusz z żądaniem kapitulacji. Guderian groził, że w razie odmowy rozstrzela jeńców. Raginis poprosił o pół godziny do namysłu, po czym o godzinie 12.00 wydał rozkaz złożenia broni. Po wyjściu ostatnich żołnierzy z bunkra dowodzenia, dowódca Wizny rozerwał się granatem.

Tego samego dnia do pozycji „Giełczyn” dotarła odsiecz I Batalionu 135 pułku piechoty, a następnie reszta jednostek SGO „Narew” w tym oddziały zmechanizowane z Białegostoku. Było już jednak za późno. Gdyby odcinek Wizna nadal walczył, jednostki odsieczy były w stanie skutecznie wesprzeć obrońców i odrzucić Niemców, szczególnie, że niektóre z nich weszły w luki między niemieckimi oddziałami i na skrzydła korpusu Guderiana. Nie było już jednak czego bronić.

 

Pod Wizną 720 polskich żołnierzy uzbrojonych w broń strzelecką oraz 6 dział, 24 cekaemy, 18 erkaemów i 2 karabiny przeciwpancerne stawiło opór czterem dużym jednostkom niemieckim, liczącym według szacunków ponad 40 tysięcy żołnierzy wspieranych przez 350 czołgów, 657 dział i granatników oraz lotnictwo. Guderian nigdy nie przyznał się ilu żołnierzy stracił forsując polskie umocnienia.

Opóźnienie spowodowane polskim oporem uniemożliwiło Niemcom zamknięcie wojsk polskich w okrążeniu i omal nie ściągnęło na korpus Guderiana poważnych kłopotów, z jakimi musiałby się zmierzyć, gdyby polska odsiecz zdążyła pod Wiznę.

Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew”, której oddziały będące już w odwrocie wróciły z odsieczą pod Wiznę, ostatecznie została zniszczona przez siły niemieckie. Większość jednostek walczyła jeszcze przez wiele dni zarówno z Niemcami, jak i Armią Czerwoną i wielokrotnie jeszcze tak obroną, jak i kontratakami sprawiając problemy wojskom Guderiana, a nawet biorąc jeńców spośród nich.

Pozostaje jeszcze ocena postępku kapitana Raginisa. Jego samobójstwo przedstawiane jest w duchu patetycznym jako dotrzymanie przysięgi, że zginie, a nie wpuści Niemców na polskie pozycje. Trzeba jednak pamiętać, że w momencie kapitulacji Raginis był ciężko ranny, o czym dzień wcześniej meldował przez radio przełożonym. Nie potrafimy dziś powiedzieć jak poważne były to obrażenia. Po formie ultimatum Guderiana grożącego rozstrzelaniem jeńców w razie odmowy kapitulacji, Raginis nie mógł mieć złudzeń co go czeka w niemieckiej niewoli. Skoro i tak miał zginąć, to wolał sam zdecydować gdzie, kiedy i jak, niż dawać satysfakcję wrogowi. Dodatkowo, taki gest dowódcy tradycyjnie chroni przed zemstą wroga jego podwładnych. Nie było więc w jego decyzji ani patosu, ani kabotyństwa. Była raczej zimna kalkulacja biorąca pod uwagę zarówno życie podwładnych, jak i zachowanie własnej godności.

W odróżnieniu od Węgierskiej Górki, czy też Wizny, gdzie jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza broniły umocnień zagradzających przeciwnikowi drogę na polskie tyły, 1 Pułk KOP wchodzący w skład 1Brygady Górskiej toczył walkę manewrową wspierany przez czołgi, artylerię i lotnictwo. Bitwa o Beskid Wyspowy była jedną z nieliczny chwalk kampanii wrześniowej, w czasie której polscy żołnierze dorównywali wrogowi nie tylko morale i wyszkoleniem, ale także pod względem technicznym.

1 Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza miał za zadanie zabezpieczyć południową flankę Armii Kraków, która z kolei zgodnie z planem obrony Polski po bitwie granicznej osłaniać miała odwrót wszystkich pozostałych jednostek WP. Dlatego też kierunek południowy, choć nie pierwszorzędny, był dla Polaków newralgiczny. Opóźniona z winy aliantów mobilizacja spowodowała, że dowódca Armii Kraków mógł w zasadzie rozwinąć tylko pierwszą linię obrony, bez odwodów. Dysponował bowiem jako siłą odwodową jedynie przesadzoną z koni na czołgi, tankietki i samochody 10 Brygadą Kawalerii pod dowództwem płk Stanisława Maczka. Dwie wciąż mobilizowane dywizje mogły przyjść pod jego rozkazy dopiero w drugim tygodniu września. To oznaczało, że na głównym kierunku natarcia wsparcia będzie mogła udzielić wyłącznie pierwsza polska brygada pancerna.

Znakomita praca wywiadu, w tym służb Straży Granicznej pozwoliła dowódcy Armii Kraków dość dobrze zorientować się w dyslokacji sił niemieckich. Wróg na odcinku Armii zgromadził wojsko mające dwu-trzykrotną przewagę. Jedynym atutem Polaków, poza wyszkoleniem i wolą walki, był górzysty teren zdecydowanie osłabiający możliwości operacyjne sił pancernych, a nawet lotnictwa.

Nie zmienia to faktu, że przeciw 1 pułkowi KOP stanęły trzy niemieckie dywizje liczące 40 tysięcy żołnierzy, 380 czołgów, 120 samochodówpancernych, 84 haubice, 140 dział przeciwpancernych, 75moździerzy i 24 działaprzeciwlotnicze.

Tymczasem żołnierze KOP (ok. 1200 ludzi) bronić mieli odcinka długiego na 10 kilometrów, który zgodnie z regulaminami powinna obsadzić dywizja. Po wzmocnieniu, 1 września, siłami 10 BK obrońcy liczyli łącznie ok. 7 tysięcy żołnierzy, 16 czołgów, 26 tankietek, 27 dział przeciwpancernych,16 haubic i kilka moździerzy. Mimo takiej przewagi pancerniacy i kopiści wsparci jednorazowo polskimi bombowcami potrafili przeciwstawiać się niemieckiemu natarciu przez 4 dni, a nawet kontratakować.

Rankiem,1 września 1939 roku łącznik ze sztabu 1 Brygady Górskiej do dowódcy Armii Kraków, generała Antoniego Szyllinga przyniósł alarmujący meldunek od pułkownika Gaładyka, dowódcy Brygady:

Cała dolina od Orawy pełna setek czołgów, samochodów pancernych i transportowych sunących na Jabłonkę, Spytkowice i na Czarny Dunajec. Nie zrozumcie mnie źle, 1. Pułk KOP spełni rolę Leonidasa, ale myślcie o swoim skrzydle i tyłach.

W ciągu godziny kopowcy dostali wsparcie czołgów 10 Brygady Kawalerii oraz artylerii i pociągu pancernego. Trzy godziny później Niemcy przypuścili szturm na polskie pozycje, ale kopowcy wspierani czołgami, artylerią oraz przez dwie kompanie górali z Obrony Narodowej zatrzymywali każdy atak celnym ogniem broni maszynowej. W nocy strzelcy konni pułkownika Maczka przeprowadzi kontrataki spychając wroga na pozycje wyjściowe.

Niemiecka 2 Dywizja Pancerna zmagała się z czołgistami Maczka pod Wysoką, a w tym samym czasie kopowcy koło Rabki odpierali szturmy dwóch niemieckich dywizji: 4 D. Lekkiej i 3 D. Górskiej. Nie mogąc pokonać Polaków w starciu frontalnym Niemcy zaczęli obchodzić polskie pozycje od strony Chabówki. Chcąc uniknąć okrążenia, dowódca kopowców, płk. Wójcik nakazał odwrót.

Kopowcy i pancerniacy odskoczyli do Jordanowa, który Niemcy bezskutecznie próbowali wziąć z marszu, po czym wycofali się na północ od tej miejscowości, gdzie mogli zająć lepsze pozycje obronne.

Trzeci września zaczął się pokrzepiającym polskie serca nalotem naszych Karasi na pozycje niemieckie. Jednym z niewielu w kampanii wrześniowej nalotów w polskim wykonaniu. Dwie eskadry bombowców wyrzuciły śmiercionośny ładunek na niemiecką kolumnę pancerną pod Chabówką i Spytkowicami.

Ochłonąwszy po bombardowaniu Niemcy ruszyli znowu na Jordanów, a nie zastawszy tam polskich oddziałów, rozesłali zwiadowców na poszukiwania. Ci zaś oddział po oddziale wpadali w polskie zasadzki.

Koło południa Niemcy znowu ruszyli napotykając na zdecydowany opór. Niestety, jeden z batalionów 1 Pułku KOP dał się zaskoczyć w trakcie przegrupowania i został rozproszony. Kontrakcja plutonu tankietek uratowała sytuację. Niestety, Niemcy już obchodzili znowu skrzydło Pułku, co zagroziło okrążeniem polskich sił. W tej sytuacji pułkownik Maczek przez zatłoczone drogi przerzucił na flankę bronioną przez Pułk prawie całą swoją brygadę. W południe 4 września pod Mszaną kopowcy wraz z pancerniakami ruszyli do przeciwnatarcia odrzucając Niemców o 4 kilometry, czyli o mniej więcej tyle, ile Niemcom udawało się zdobyć w ciągu dnia. Niemieckie kontrataki były do końca dnia odpierane, ale wieczorem groźba ponownego oskrzydlenia zmusiła Polaków do kolejnego odwrotu. Tego dnia z niemieckimi wojskami starły się też wycofujące sięz Korbielowa i Węgierskiej Górki oddziały 2 Pułku KOP.

1 Brygada Górska do końca kampanii dzieliła losy Armii „Kraków” wielokrotnie jeszcze współdziałając z czołgistami pułkownika Maczka i wykrwawiając się w kolejnych starciach. Dowódca Armii generał Szyling robił to, co do niego należało: na ile był w stanie osłaniał południową flankę polskich sił nie dając okrążyć i zniszczyć swojej armii i zmuszając wroga do ciągłego wydzielania wojsk do pościgu za wciąż niepobitymi jednostkami polskimi. W tym za topniejącą 1 Brygadą Górską, która w końcu została zredukowana do stanu pułku włączonego w skład 21 Brygady Górskiej. Tej samej, której odwrót spod Bielska osłaniały forty Węgierskiej Górki i której tradycje kultywuje Karpacki Oddział Straży Granicznej.

Pod Termopilami 300 Spartan zagrodziło drogę tysiąckrotnie silniejszej armii Persów. Pod Węgierską Górką opór dwunastotysięcznej niemieckiej dywizji stawiło 70 polskich żołnierzy. W trakcie zdobywania polskich umocnień poległ co pięćdziesiąty niemiecki żołnierz.

Przeniesione na granicę zachodnią, południową i północną jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza ze względu na charakter służby w KOP zostały skierowane do działań obronnych jako obsady umocnionych punktów oporu oraz do działań specjalistycznych zbliżonych charakterem do rutynowej służby Korpusu. Zasadniczo oddziały KOP-u nie miały uczestniczyć w walkach na głównych kierunkach niemieckiego natarcia i rozlokowane zostały głównie w rejonach umocnionych jako jednostki osłonowe dla działań sił głównych. Ich zadaniem nie było zatrzymanie, czy rozbicie przeciwnika, a jedynie uniemożliwienie mu okrążenia wojsk operacyjnych.

Armia Kraków, w skład której wchodziła 1 Brygada Górska Korpusu Ochrony Pogranicza, miała za zadanie zatrzymać niemiecki atak na Śląsk i dalej w kierunku Krakowa. Założono, że ze względów politycznych zdobycie Górnego Śląska będzie dla Niemców na tyle istotne, że nie zastosują tu większych manewrów. Grupa Operacyjna „Bielsko” miała za zadanie osłaniać siły polskie od południa i uniemożliwić wrogowi oskrzydlenie wojsk polskich.

W przedwojennych planach obronnych nie brano pod uwagę możliwości, że sojusznikiem Wehrmachtu może być armia nie istniejącej do kwietnia 1939 roku Słowacji, czy też mających międzynarodowe gwarancje Czech. Utworzenie na początku marca 1939 roku przez księdza Tito uzależnionego od Niemców państwa słowackiego i zastąpienie państwa czeskiego Protektoratem Czech i Moraw podlegającym III Rzeszy, uruchomiło natychmiast zmiany w planach obronnych. Już w kwietniu rozpoczęły się prace planistyczne mające na celu stworzenie systemu umocnień osłaniających polską granicę południową w najbardziej zagrożonych rejonach. 24 czerwca tego roku zapadła decyzja o budowie fortów w rejonie Węgierskiej Górki i Korbielowa, a w lipcu rozpoczęte zostały prace budowlane. W ciągu dwóch miesięcy zachowując tajemnicę wojsko i zmilitaryzowana formacja Junacki Hufiec Pracy przy pomocy ludności miejscowej zbudowały pięć z planowanych 16 i przygotowały do walki cztery z planowanych siedmiu schronów w Węgierskiej Górce oraz kolejne pięć w rejonie Krzyżowa-Przyborów. Ostatnie jednostki KOP obsadzające fortyfikacje przybyły…31 sierpnia 1939 roku!

Pierwsze strzały na odcinku działania 1 Brygady Górskiej KOP padły 1 września 1939 roku krótko po godzinie 4.00. Na pozycje 1 Pułku Piechoty KOP między Orawką a Nowym Targiem ruszyły trzy niemieckie dywizje (stosunek sił ok. 30:1), zaś przeciw 2 Pułkowi Piechoty KOP i pozycjom umocnionym w rejonie Węgierskiej Górki i Korbielowa wystąpiła tylko jedna dywizja, za to nie byle jaka: 7 Bawarska Dywizja Piechoty, w składzie której w I wojnie światowej walczył Adolf Hitler (stosunek sił ok. 10:1).

Celem Niemców było zaatakowanie południowej flanki Grupy Operacyjnej „Bielsko” Armii „Kraków”, obejście wojsk polskich i odcięcie im odwrotu, a w konsekwencji okrążenie i zniszczenie. Na drodze stały im dwa pułki Korpusu Ochrony Pogranicza.

1 Pułk Piechoty KOP współdziałając z 10 Brygadą Pancerno-Motorową pułkownika Maczka toczył ciężkie walki z napierającymi na niego niemieckimi dywizjami aż do 4 września spowalniając marsz Wehrmachtu w głąb Polski.

7 Bawarska Dywizja Piechoty wkroczyła na teren Polski przez przełęcz Zwardońską. Od razu napotkała opór polskich jednostek, które zatrzymały Niemców w odległości ledwie 7-8 kilometrów od granicy. Dywizja, żeby przełamać opór trzech kompanii podciągnęła ciężką artylerię i rozpoczęła ostrzał. Pod osłoną nocy kompanie Obrony Narodowej wycofały się na rozkaz przełożonych do swojego punktu koncentracji przekazując stanowiska kompanii KOP ppor. Romana Talarka.

W nocy Niemcy podciągnęli artylerię, która od rana 2 września rozpoczęła ostrzał pozycji polskich. O godzinie 11.00 ruszyło natarcie niemieckie, które podeszło na przedpole bunkrów w Węgierskiej Górce. Zatrzymał je celny ogień polskich karabinów maszynowych. W starciu zakończonym powodzeniem, uległ jednak rozbiciu Batalion KOP „Berezwecz” broniący podjeść do fortyfikacji.

Wobec faktu, że broniąca linii kolejowej Cieszyn-Bogumin 21 Dywizja Piechoty Górskiej pod naciskiem wojsk niemieckich zaczęła odwrót na wschód i skończyło się strategiczne znaczenie fortyfikacji w dolinie Soły, dowódca 1 Brygady Górskiej nakazał odwrót podległym sobie oddziałom broniącym Węgierskiej Górki i Korbielowa. Brak środków łączności spowodował jednak, że rozkaz nie dotarł do załóg trzech schronów w Węgierskiej Górce, w tym do dowódcy obrony, kpt. Tadeusza Semika. Wycofała się tylko załoga schronu „Waligóra”, której i tak zabrakło amunicji, wraz z resztkami Baonu KOP„Berezwecz” oraz baterią artylerii górskiej.

3 września rozegrała się ostateczna bitwa o pozostałe trzy schrony. W nocy Niemcom udało się podejść w bezpośrednie sąsiedztwo schronów eliminując jeden po drugim z walki. Działka przeciwpancerne strzelające na wprost z małej odległości w otwory strzelnicze bunkrów niszczyły kolejno stanowiska polskich dział i karabinów maszynowych zmuszając bunkry do zamilknięcia. Schron „Włóczęga” skapitulował w godzinach rannych 3 września z braku amunicji, krótko potem schron „Wąwóz” zaprzestał ognia z broni maszynowej i armaty, które zostały zniszczone. Niemcy skoncentrowali się na schronie „Wędrowiec” stanowiącym punkt dowodzenia Polaków. Walka trwała blisko 11 godzin. Niemcy weszli na dach schronu i przez otwór przeznaczony na nie zamontowaną kopułę obrotową wrzucali materiały wybuchowe i granaty mające zabić lub ogłuszyć obrońców. Kilkunastoosobowa załoga poddała się dopiero o godzinie 17.00, gdy wobec zniszczenia przez wroga broni ciężkiej i wyczerpania amunicji dalsza walka nie miała sensu. Ranny kapitan Semik został z bunkra wyniesiony na noszach.

Niemieccy szturmani widząc, że opór całej dywizji stawiało kilkunastu ludzi, wpadli we wściekłość mordując na miejscu dwóch obrońców. Dopiero interwencja niemieckiego majora ocaliła pozostałych.

Pod osłoną nocy załoga ostatniego, nie zdobytego jeszcze bunkra „Wąwóz” wycofała się bezpiecznie do Żywca.

Upadek Węgierskiej Górki nie zakończył epopei 1 Brygady Górskiej KOP. Zebrany na powrót, rozbity wcześniej w Węgierskiej Górce, Batalion KOP „Berezwecz” stoczyły potyczkę z oddziałem Wehrmachtu przedzierając się przez wieś Lipowa, a 4 września ponownie starł się z oddziałami 7 Bawarskiej Dywizji Piechoty zabijając 47 Niemców.

Wycofujący się z Korbielowa, gdzie nie stoczono walk, batalion KOP „Wilejka” zaskoczył niemieckie wojska pod Pcimiem i również zadał im poważne straty.

Ostatnim bojem Brygady były walki z 2 Dywizją Pancerną i 4 Dywizją Lekką pod Wiśniczem i Bochnią. Mimo sukcesu, w wyniku strat Brygada musiała opuścić swoje pozycje, po czym została przeformowana w Pułk KOP i włączona do 21 Dywizji Piechoty Górskiej.

Wobec wdarcia się słowackiej Armii Polowej „Bernolak” na polskie tyły koło Krynicy, a potem Sanoka zmusiło Armię Kraków do odwrotu wcelu uniknięcia okrążenia.

Opór Węgierskiej Górki spowolnił marsz 7 Bawarskiej DywizjiPiechoty, która nie mogła na swoich tyłach zostawić umocnionej pozycji obsadzonej regularnym wojskiem przeciwnika. Zanim oddziały niemieckie mogły ruszyć dalej, musiały rozwiązać problem Węgierskiej Górki. Postawa garstki obrońców zmusiła Niemców do wcześniejszego rozwinięcia sił Dywizji i zaangażowania się w uporczywą walkę. Dzięki temu oddziały Grupy Operacyjnej „Bielsko” zyskały czas konieczny do wycofania się na nowe pozycje obronne.

Kapitan Semik w niewoli miał rozmawiać z jednym z wyższych oficerów 7 Bawarskiej Dywizji Piechoty, według którego Niemcy pod Węgierską Górką stracili 200-300 zabitych. Trudno dociec, czy liczba ta obejmuje 50 Niemców poległych pierwszego dnia, a na pewno nie uwzględnia strat poniesionychw potyczkach pod Lipową i Pcimiem. Ze strony polskiej w bezpośredniej obronie schronów „Wędrowiec” i „Włóczęga” poległo 7 żołnierzy. Kolejnych 7 żołnierzy z obsługi ckm w schronie „Waligóra” zostało rozstrzelanych przez Niemców (niezdążyli się wycofać), a 4 zginęło w ziemnym schronie koło „Włóczęgi”. Można przyjąć, że w bezpośredniej obronie Węgierskiej Górki poległo 20-25 żołnierzy. Za każdego zabitego Polaka wróg tracił więc 10 swoich żołnierzy. Trzeba przy tym pamiętać, że pozycje bronione przez około 1.200 żołnierzy atakowało dziesięciokrotnie więcej wrogów. 2 i 3 września, po wycofaniu się Batalionu KOP „Berezwecz” i pozostaniu na miejscu tylko obsady trzech schronów (70 ludzi) stosunek sił niemieckich do polskich wynosił jak 170:1.

Kiedy 28 kwietnia 1939 roku Adolf Hitler przemawiając w Reichstagu zrywał polsko-niemiecki układ o nieagresji, na granicy obu państw trwała już mała wojna graniczna. Na pozór co prawda nic się nie zmieniło i nawet baczny obserwator pogranicza nie dostrzegał żadnych zmian w ukompletowaniu i wyposażeniu placówek Straży Granicznej po stronie polskiej. Do służby wychodzili stale ci sami funkcjonariusze, co dotąd. Dopiero otwarta próba naruszenia granicy mogła ujawnić przyczajone w tyle plutony wzmocnienia.

Cicha mobilizacja Straży Granicznej nastąpiła natychmiast, gdy oczywiste się stało, że Niemcom nie chodzi o spełnienie żądań, tylko o znalezienie pretekstu do zaognienia relacji z Polską i wywołania konfliktu. Ledwie Hitler wystosował 21 marca 1939 roku swoje memorandum zawierające niemieckie roszczenia, już 23 dnia tego miesiąca Polska zmobilizowała cztery dywizje na granicy z Niemcami. 17 kwietnia tego roku zarządzona została cicha mobilizacja SG. Wybrani mężczyźni narodowości polskiej, którzy nie ukończyli 36 lat mieli zameldować się w najbliższych komisariatach Straży Granicznej, gdzie czekało już na nich wyposażenie i broń. Operacja została przeprowadzona w absolutnej tajemnicy w ciągu 36 godzin. Funkcjonariusze plutonów wsparcia podjęli służbę dyżurną oraz patrolową i wartowniczą w drugiej linii, czyli nie w bezpośrednim sąsiedztwie granicy, a kilka kilometrów w głąb kraju.

Kiedy niemieckie grupy dywersyjne zaczęły operacje przeciw Polsce, na naszym terytorium oczekiwały ich silne jednostki graniczne. W 115 komisariatach rutynowo pełniło służbę około 15 funkcjonariuszy. Dodatkowo wplutonach wzmocnienia znajdowało się po 61 ludzi uzbrojonych w karabiny i rkm. Dawało to łącznie 16 tysięcy funkcjonariuszy i żołnierzy obsadzających całą pierwszą linię przyszłego frontu.

Zadaniem Straży Granicznej, zresztą podobnie jak jednostek Korpusu Ochrony Pogranicza, nie było pokonanie i odparcie wroga, a jedynie uniemożliwienie mu skrytego przekroczenia granicy państwowej, zaalarmowanie jednostek liniowych Wojska Polskiego, powstrzymanie natarcia sił przeciwnika na czas konieczny do rozwinięcia jednostek polskich, a następnie działania dywersyjne i opóźniające mające na celu spowolnienie tempa marszu wojsk nieprzyjacielskich. Z tego powodu w każdym z plutonów wzmocnienia powołano patrole saperskie wyposażone w znaczne ilości materiałów wybuchowych.

Pierwsze starcia między Strażą Graniczną a nieregularnymi grupami dywersantów niemieckich miały miejsce już w kwietniu 1939 roku. Doprawdziwych bitew doszło jednak tuż przed rozpoczęciem działań wojennych. 6 sierpnia 1939 roku w okolicy Kamieńca Królewskiego (pow. kartuski) granicę przekroczył patrol niemiecki. W wyniku starcia z oddziałem Straży Granicznej Niemcy po stracie jednego swojego żołnierza wycofali się za granicę. W nocy z 23 na 24 sierpnia 1939 regularne siły niemieckie przeprowadziły serię ataków na obiekty Straży Granicznej. W Makoszowej pod Katowicami doszło do starcia z kilkusetosobowym oddziałem, który zaatakował stację kolejową i posterunek celny.

Najpoważniejsze walki stoczono o tunele kolejowe na Przełęczy Łupkowskiej (23/24.08.39) i na Przełęczy Jabłonkowskiej (25/26.08.09). W obu przypadkach Straży Granicznej i wojsku udało się wyprzeć wojsko niemieckie z terytorium Polski.

30 sierpnia 1939 roku na mocy ogłoszenia o mobilizacji powszechnej Straż Graniczna weszła w skład sił zbrojnych RP. Wojsko zostało zasilone 16.000 ostrzelanych już żołnierzy-funkcjonariuszy, w większości doskonale znających teren, na którym mieli walczyć i wyszkolonych w działaniach rozpoznawczych i antydywersyjnych. W ramach tych sił istniało 115 plutonów wzmocnienia i 115 komisariatów (każdy o równowartości ok. jednej czwartej plutonu), w tym 345 patroli saperskich wyposażonych łącznie w ok. 3,5 tony materiałów wybuchowych. Była to siła równa dywizji regularnej piechoty, ale bez broni ciężkiej.

1 września 1939 roku o 4.00 rano załoga placówki Straży Granicznej w Mławie oddała pierwsze strzały do wkraczających do Polski oddziałów niemieckich alarmując regularne jednostki wojskowe. Na głównych kierunkach niemieckiego natarcia co prawda jednostki Straży Granicznej szybko przeszły do działań dywersyjnych i opóźniających, ale tam, gdzie nacisk niemiecki nie był taki silny, czołowe oddziały niemieckie były skutecznie powstrzymywane. W rejonie Krotoszyna został przeprowadzony nawet kontratak na terytorium niemieckie. Wszystkie pododdziały SG, które przyjęły na siebie pierwszy szturm niemiecki, wycofywały się ze swoich pozycji na rozkaz przełożonych lub po ciężkich walkach pod naporem wroga.

Po pierwszych godzinach walk oddziały Straży Granicznej weszły w skład jednostek liniowych, którym były podporządkowane dzieląc z nimi żołnierski los.

Ostatnim akordem wojennej epopei SG była heroiczna obrona Warszawy, którą zorganizował i którą kierował ostatni Komendant Główny SG, gen.bryg,. Walerian Czuma. Jego sztab stanowili oficerowie Komendy Głównej Straży Granicznej.

 

 

Pisanie o Powstaniu przerwałem z braku czasu, a nie z braku weny :) Wrócę do niego. :)


Na razie, prawie gotowy materiał, który przygotowuję dla swojej firmy, a poświęcony udziałowi Straży Granicznej i Korpusu Ochrony Pogranicza w kampanii wrześniowej (KAMPANII, a nie wojnie! Z założenia miał to byc pierwszy akt długiej walki!). Żołnierze KOP uczsteniczyli w zwartych oddziałach w działaniach wojennych od nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 i walczyli do końca. Jako ostatni atakowali wroga pod Lwowem, Kockiem i na Helu. Przegrali, bo przegrała cała armia, ale ich jednostki w większości starć odnosiły sukcesy. Świetnie, jak na tamte czasy nowocześnie wyszkoleni, dobrze wyposażeni, z wysokim morale nawet pod rozbiciu ich oddziałów potrafili zebrać się z powrotem i kontynuować walkę jak Baon KOP „Berezwecze”.
NIEPOKONANI!

Przed burzą

Przygotowania do wojny obronnej Polski w 1939 roku polskie władze oparły na dwóch założeniach. Pierwszym było czynne włączenie się dowalki naszych zachodnich sojuszników w 14 dniu wojny. Drugim zachowanie przychylnej neutralności przez Związek Radziecki. W tamtym czasie oba założenia miały jak najbardziej racjonalne podstawy mimo, że zarówno Wielka Brytania, jaki Francja wykazały już rok wcześniej w Monachium głęboką niechęć do angażowaniasię w działania wojenne, zaś stalinowska Rosja od kilku lat współpracowała z Niemcami na polu wojskowym umożliwiając odbudowę niemieckiego potencjału wojskowego. Polskie władze wychodziły jednak z założenia, że długofalowy interes całej trójki zmusi te państwa w razie wojny do opowiedzenia się po polskiej stronie. Czas pokazał jednak, że choć polscy politycy w wymiarze wieloletnim mieli rację, to nie wzięli pod uwagę krótkowzroczności swoich partnerów. Francja i Wielka Brytania skorzystały z kolejnej okazji by siedzieć cicho, a Związek Radziecki podjął próbę poszerzenia swojego terytorium. Dla wszystkich trzech państw błąd ten skończył się katastrofą.

W początkach 1939 roku nikt jednak nie mógł przewidzieć takiego obrotu wydarzeń. Szczególnie, że zarówno Francja i Wielka Brytania, jak i Związek Radziecki w oficjalnych rozmowach zapewniały rząd polski o swoimpoparciu i woli wspólnej walki z hitlerowskimi Niemcami.

Założono więc błędnie najbardziej korzystny dla Polski rozwój wydarzeń: neutralność Rosji umożliwi polskiemu wojsku stopniowe wycofanie się na Kresy Wschodnie, gdzie w oparciu o granicę z sojuszniczą Rumunią zostanie ono przezbrojone w nowoczesny, zakupiony za granicą sprzęt (31 sierpnia 1939 roku do portu w Konstancy w Rumunii wpłynął pierwszy transport brytyjskich myśliwców spitfire dla polskiego lotnictwa). Wystąpienie sojuszników w 14 dniu od ogłoszenia wojny zmusi wojska niemieckie do wycofania części sił z Polski, co umożliwi przejęcie inicjatywy i kontrofensywę.

W ślad za tym założeniem przewidziano zadania dla polskich formacji granicznych na wypadek konfliktu. Główny ciężar ochrony granicy z Niemcami i ich sojusznikami (Słowacja oraz Protektorat Czech i Moraw) miała wziąć na siebie Straż Graniczna, która już w kwietniu 1939 roku przeprowadziła mobilizację rezerwistów i została wzmocniona oddziałami z wojsk operacyjnych. Z kolei wycofane z granicy wschodniej i przekształcone w jednostki rezerwowe oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza (trzy dywizje i częściowo czwarta) miały pełnić rolę odwodu oraz obsadzić nadgraniczne fortyfikacje. Wzmocnieniu granicy zachodniej towarzyszyło drastyczne osłabienie granicy wschodniej, gdzie stan osobowy Korpusu Ochrony Pogranicza został zmniejszony o 25%, a większość jego żołnierzy stanowili rezerwiści. Na Zachód została wycofana większość broni ciężkiej i maszynowej.

Niemieckie uderzenie 1 września 1939 roku nie było dla Straży Granicznej zaskoczeniem szczególnie, że regularne walki z Wehrmachtem toczyła ona już od pół roku. Na froncie zachodnim oddziały Straży Granicznej i Korpusu Ochrony Pogranicza skutecznie stawiały opór najeźdźcy. Węgierska Górka, Wizna, Barak, Hel, Warszawa to tylko kilka nazw wpisanych do księgi chwały polskich formacji granicznych. W tym czasie na wschodzie pełniono służbę graniczną jak w czasie pokoju nie podejmując żadnych przygotowań na wypadek sowieckiej napaści.

17 września 1939 roku, gdy zgodnie z traktatami do działania mieli przystąpić nasi sojusznicy, wydzielone oddziały Armii Czerwonej i Wojsk Ochrony Pogranicza NKWD zaatakowały strażnice KOP w większości przypadków całkowicie zaskakując polskich żołnierzy. Dzięki wysokiemu morale, dobrej organizacji i zimnej krwi oficerów dowódcy KOP, generałowi Wilhelmowi Orlik-Rueckemanowi udało się jednak znaczną część Korpusu wyprowadzić z sowieckiej pułapki. Bitwy pod Szackiem i Wytycznem wyznaczyły ich szlak bojowy.

Klęska wrześniowa nie zakończyła dziejów polskich formacji granicznych. Byli żołnierze KOP i funkcjonariusze Straży Granicznej przez całą wojnę stanowili grono wybitnych dowódców Polski Walczącej. Komendant Główny AK Stefan Rowecki „Grot”, cichociemny-dowódca Kedywu August Fieldorf „Nil”, dowódca Powstania Warszawskiego na Pradze Antoni Żurowski „Papież”, dowódca Strzelców Podhalańskich pod Narwikiem, a pod koniec wojny dowódca II Korpusu we Włoszech Zygmunt Bohusz-Szyszko, dowódca 5 Kresowej Dywzji Piechoty, gen. bryg. Nikodem Sulik to najbardziej znani dowódcy wywodzący się z polskich formacji granicznych.

Po wojnie skazywani na śmierć i na zapomnienie jako „politycznie obcy” wracają w wolnej Polsce jako przykłady odwagi, poświęcenia, ale i szacunku dla życia podkomendnych i ludności cywilnej.

Niepokonani.

Geniusz i przeciętniak

Tak jak Polska miała pecha do swoich przywódców na emigracji, tak przez ogromną część czasu miała szczęście do kierownictwa podziemnego. Polegało ono między innymi na tym, że już od pierwszych chwil działania Służby Zwycięstwu Polski na jej czele stali doświadczeni konspiratorzy, znający realia walki podziemnej zarówno przeciw Niemcom, jak i przeciw Rosjanom oraz sowietom: Michał Karaszewicz-Tokarzewski i Stefan Rowecki. Obu łączyło jeszcze jedno, w czasie epopei legionowej walczyli w tym samym 5 pułku Legionów. Pierwszy jako dowódca batalionu, a drugi jako dowódca plutonu zwiadu.

Konspiracyjne doświadczenie pozwoliło Tokarzewskiemu błyskawicznie stworzyć podstawy struktury SZP i wdrożyć skuteczne zasady działania w podziemiu. Nie zdążył „rozwinąć skrzydeł”, bo wkrótce generał Sosnkowski wysłał Tokarzewskiego na teren okupacji sowieckiej rozumując słusznie, że nie można w jednej strukturze prowadzić działań przeciw dwum różnym wrogom. Prawdopodobnie liczył też na znajomości Tokarzewskiego, który już raz pod okupacją sowiecką działał i nawet był aresztowany (wyszedł dzięki kontaktom przywódcy PPS, Kazimierza Pużaka). Sosnkowski nie wziął jednak pod uwagę, że od 1918 roku sytuacja w sowietach znacznie się zmieniła. Znajomi Pużaka albo już nie żyli, albo nic nie mogli, a sam sędziwy lider polskich socjalistów był dla NKWD jednym z podstawowych celów (został zamordowany w latach 50-tych we Wronkach). Tokarzewski szybko znalazł się w rękach NKWD, a z więzienia wydobył go dopiero układ Sikorski-Majski.

Następca Tokarzewskiego pod okupacją niemiecką, Stefan Rowecki, był jedną z najwybitniejszych postaci w historii Wojska Polskiego. Lista opublikowanych przez niego prac obejmuje 114 pozycji, z których lwią część stanowią analizy wojskowe od umocnień po uzbrojenie, opracowania dotyczące sił zbrojnych sąsiadów oraz tłumaczenia publikacji i regulaminów wydawanych w Niemczech i Sowieckiej Rosji. Rowecki, sam żołnierz frontowy, zwiadowca z olbrzymim doświadczeniem liniowym, już w 1920 roku był oficerem sztabowym „do specjalnych zadań”. Wysyłano go w rejony wymagające szczególnych umiejętności jak pozbieranie do kupy zdemoralizowanych resztek dywizji i wyprowadzenie jej z okrążenia, czy i. Ze względu na zdolności został szefem Wydziału Naukowo-Wydawniczego w Wojskowym Instytucie Naukowo-Wydawniczym, a jednocześnie zastępcą szefa Instytutu. Potem dowodził dywizją piechoty, brygadą Korpusu Ochrony Pogranicza i Brygadą Pancerno-Motorową, którą zorganizował od podstaw.
Był znany z żelaznej dyscypliny i niebywałej odwagi cywilnej pozwalającej mu samodzielnie myśleć i mówić nawet niewygodną prawdę pierwszym osobom w państwie. Legendą stała się opinia o przewrocie majowym, jaką od Roweckiego usłyszał sam Piłsudski. Zresztą, Rowecki już wcześniej pokazał „rogi” łamiąc legionową solidarność i wstępując do Polnische Wehmacht w 1917 roku.

Rowecki miał przy tym niesamowity instynkt polityczny. O ile jego trafione „proroctwo” co do wyniku I wojny światowej można złożyć na krab rodzinnej legendy, o tyle zapisane w pamiętniku pod datą 23 sierpnia 1939 wrażenia na wieść o pakcie Ribbentrop-Mołotow porażają celnością analizy. Nie znając tajnych protokołów Rowecki nie miał wątpliwości, że układ ten oznacza okrążenie Polski i nowy rozbiór.
O jego rozumieniu moralności świadczyć może fakt, że kiedy tylko został komendantem SZP na okupację niemiecką, przeprowadził separację z żoną, z którą w zasadzie przez okupację nie kontaktował się. Ich spotkania były sporadyczne i sprowadzały się do „przypadkowego” zobaczenia siebie np. w kawiarni. Bez wymiany choćby zdania. Dzięki temu pani Eugenia mogła agentom gestapo z czystym sumieniem mówić, że nie wie, gdzie jest jej mąż i że pozostaje z nim w separacji. W ten sposób ochronił najbliższych przed zagrożeniem jakie stwarzała jego działalność.

Całkowitym przeciwieństwem Roweckiego był jego zastępca i następca, Tadeusz Komorowski. Niewątpliwie dzielny i uczciwy żołnierz, ale poza okresem 1914-22 nie mający większego doświadczenia liniowego. Uczestniczył najpierw w wojnie światowej jako oficer przestarzałej i słabej kawalerii rosyjskiej, a w 1920 roku między innymi brał udział w ostatniej wielkiej bitwie kawaleryjskiej pod Komarowem. Komorowski był kawalerzystą-sportowcem, instruktorem jazdy konnej. Do wojny był ponadto zastępcą dowódcy pułku i dowódcą pułku kawalerii. Nie miał w dorobku żadnej pracy teoretycznej, ani żadnego doświadczenia w działaniach wymagających współpracy różnych rodzajów wojska.

Dodajmy, że Komorowski nigdy nie odsunął żony od siebie ciągając ją za sobą po Polsce i trzymając przy sobie w Warszawie. Jako przykład jego uczciwości podaje się, że w przededniu Powstania mogąc ją odesłać z miasta, nie zrobił tego, żeby nie wykorzystywać stanowiska do osobistych korzyści. Tyle, że w istocie stanowi to dowód jego głupoty nieliczenia się z ludźmi. Doskonale zdając sobie sprawę z zagrożenia jakie Powstanie stwarza dla jego rodziny, zdecydował się wystawić na nie i rodzinę i całe miasto.
W 1940 roku został komendantem Obszaru Kraków SZP-ZWZ i prawie zaraz, w kwietniu tego samego roku został zdekonspirowany. Mimo to z dniem 3 maja 1940 roku otrzymał wraz z Roweckim stopień generała brygady. Rozkaz dotarł do Warszawy na jesieni, kiedy Komorowski ukrywał się przed Niemcami po ucieczce z więzienia. W wyniku przedwojennej pragmatyki służbowej niejako z automatu jako drugi czynny generał na terenie okupacji niemieckiej został przez Roweckiego wyznaczony na zastępcę i następcę.

Była to decyzja fatalna i z punktu widzenia czysto kompetencyjnego zupełnie nieuzasadniona. Komorowski nie miał żadnego przygotowania do pełnienia tak poważnej funkcji, a co gorsza, jego konspiracyjna działalność nie zostawiała wątpliwości, że Komorowski po prostu nie nadaje się do tego rodzaju służby i najlepiej spełniłby się jako dowódca liniowy w PSZ na Zachodzie. Zresztą, w chwili, gdy otrzymał nominację Komorowski właśnie czekał na przerzut. Awans i polecenie pozostania w kraju zaskoczyły go tak, że odmówił przyjęcia nominacji. Przyjął ją dopiero na wyraźne polecenie generała Sosnkowskiego.

Czemu więc Sosnkowskiemu – człowiekowi przecież rozsądnemu o gigantycznym doświadczeniu liniowym – zależało na wyznaczeniu miernego Komorowskiego na zastępcę i – uwaga – ewentualnego następcę Roweckiego? Czy Komendant Sił Zbrojnych na Kraj nie zdawał sobie sprawy ze skutków tej decyzji? Myślę, że zdawał sobie sprawę doskonale. Problem w tym, że idiotyczna struktura podległości we władzach polskich w Londynie ubezwłasnowolniała de facto każdego z dowódców w stosunku do Wodza Naczelnego, którym był Władysław Sikorski. Sosnkowski był w dodatkowo trudnej sytuacji jako nie tyle oficer legionowy, co współtwórca i szef sztabu I Brygady, najbliższy współpracownik znienawidzonego przez Sikorskiego Józefa Piłsudskiego. To ograniczało radykalnie jego pole manewru. Sikorski mógł w każdym momencie zarzucić mu „promowanie” oficerów legionowych. Legionista Tokarzewski we Lwowie, legionista Rowecki w Warszawie, legionista Sosnkowski w Londynie. Wszędzie weterani I Brygady. Sikorski nie rozumiał i nie akceptował faktu, że choćby tylko w wyniku wieloletniej walki przy boku jednej z najnowocześniejszych armii świata, armii austro-węgierskiej i wcześniejszej pracy konspiracyjnej ci ludzie rzeczywiście stanowili elitę przedwojennej armii polskiej. Spośród byłych oficerów armii rosyjskiej nieliczni, jak Władysław Anders okazali się na tyle kompetentni, żeby zrobić karierę w armii II RP.
Dodatkowo Rowecki znany był z samodzielnego myślenia, odwagi cywilnej i niewyparzonego języka. Istnieje więc wysokie prawdopodobieństwo, że Komorowskiego awansowano celowo, aby dać Roweckiemu „kontrolera” mogącego zablokować jakiekolwiek próby przywrócenia po wojnie przedwojennego systemu politycznego. Komorowskiego awansowano razem z Roweckim do stopnia generalskiego, co w świetle przedwojennej pragmatyki służbowej WP wymuszało na Roweckim wskazanie Komorowskiego na zastępcę i następcę. W ten sposób Sikorski poprzez Sosnkowskiego mógł tylko przychylić się do wniosku komendanta SZP-ZWZ i mianować Komorowskiego zastępcą „Grota”.
Decyzja wygodna politycznie stała się zaczątkiem katastrofy.

c.d.n.

Sukces zalążkiem klęski

Wbrew fałszywej legendzie martyrologicznej Polacy nie mają jakiegoś wyjątkowego pecha do powstań. Patrząc na przestrzeni całej historii, większość działań powstańczych uwieńczone było większym lub mniejszym sukcesem. Nie miejsce tu i nie pora na analizowanie szczegółowo polskiego mitu powstańczego. Skupimy się na mentalności ludzi, którzy podjęli walkę w Warszawie.
Byli to ludzie stosunkowo młodzi, najwyżej w średnim wieku. Nie pamiętali najbardziej traumatycznego z powstań, styczniowego. Pamiętali jedynie otoczonych czcią i szacunkiem weteranów roku 1863. Pamiętali też uwieńczone sukcesem walki w 1905 roku, a przede wszystkim epopeę legionową i rok 1918. Byli uczestnikami wydarzeń z lat 1914-22, kiedy wbrew rachubom zostało odbudowane państwo Polskie.

W istocie bowiem lata 1914-22 to seria małych, ale prawie za każdym razem uwieńczonych sukcesem powstań przeciw zaborcom. Od wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej i słynnej odezwy Józefa Piłsudskiego wzywającej do powstania, aż do „buntu” Żeligowskiego.

Kiedy 5 sierpnia 1914 roku 144 żołnierzy Pierwszej Kompanii Kadrowej obalało słupy graniczne oddzielające Kraj Nadwiślański od Galicji mało kto, poza nimi, wierzył w sukces. Większość mieszkańców Królestwa patrzyła podejrzliwe na ubranych w siwe mundury strzelców, obawiając się powtórki z tragedii 1863 i utraty ciężko odzyskanego dobrobytu. Nie rozumieli, że ich majątki i tak są skazane na zagładę w wyniku rozpoczynającej się wojny. Dość szybko przekonali się o tym mieszkańcy Kalisza.

Niemniej inicjatywa Piłsudskiego spaliła na panewce. Wezwanie do powstania trafiło w próżnię, nie spotkało się z odzewem.

I właśnie wtedy Komendant uzyskał pomoc z najmniej spodziewanej strony, od… krakowskich konserwatystów. Środowisko od lat zwalczające polski mit powstańczy wsparło dążenia Pierwszego Powstańca. Wbrew własnym poglądom konserwatyści udzielili szerokiej pomocy socjaliście.

Czy jednak rzeczywiście wbrew własnym poglądom? Stańczycy nie kwestionowali bowiem celu głównego, jakim było odzyskanie niepodległości. Uważali tylko, że droga do niej powinna odpowiadać realiom.

Należymy do tego pokolenia, ktore ocaliwszy się z ostatniej zawieruchy, dojrzawszy już po niej, mając w pamięci jej wszystkie następstwa, postanowiło zerwać z tradycją ostatniego stulecia i nie w młodzieńczych porywach, ale w trzeźwej a wytrwałej pracy wewnętrznej szukać zbawienia i lepszej przyszłości pisał przywódca Stańczyków, Michał Bobrzyński we wstępie do pierwszego wydania swoich Dziejów Polski w zarysie.

Celem było więc stopniowe, krok po kroku poszerzanie sfery wolności narodowej aż do odzyskania pełnej suwerenności, czy to pod berłem króla polskiego, czy też w ramach wielonarodowej monarchii habsburskiej. W razie sukcesu Austro-Węgier przynajmiej część ziem polskich zostaje objęta dobrodziejstwem autonomii, a dodatkowo Polacy i tak stanowiący trzeci naród monarchii wyrastają na faktycznego hegemona. Udział zorganizowanych jednostek polskich pozwoli po wojnie na utworzenie narodowych formacji w ramach armii habsburskiej na zbliżonych zasadach, jak działały wojska Księstwa Warszawskiego w ramach armii Napoleona.

Inicjatywa Piłsudskiego, choć romantyczna i „szalona” oparta była na zbliżonych rachubach. Zwycięstwo państw centralnych, a szczególnie Austro-Węgier nad Rosją redukuje ilość zaborców do dwóch, a w dodatku w istotny sposób poszerza wolności obywatelskie i narodowe Polaków. W dodatku, nawet gdyby po wojnie Legiony zostały rozwiązane, to kilka tysięcy zaprawionych w bojach Polaków stanowiłoby istatny argument w przetagach z nowymi władcami.
Celem maksimum było więc dla wszystkich osiągnięcie niepodległości, a celem minimum zwiększenie pozycji Polaków w świecie i poszerzenie swobód narodowych i obywatelskich.

Cel minimum został osiągnięty 5 listopada 1915 roku. Wtedy Piłsudski przyczaił się, latem 1917 roku uderzając w stronę celu maksimum. W tych działaniach cały czas miał wsparcie środowisk konserwatywnych, co wyraziło się między innymi natychmiastowym oddaniu mu władzy w listopadzie 1918.

Tak to wyglądało „od podszewki”. Z optyki przeciętnego uczestnika wydarzenia te tworzyły jednak serię obrazów pokazujących logiczny ciąg zdarzeń: Oleandry, Pierwsza Kadrowa, Legiony, Akt 5 listopada, kryzys przysięgowy, listopad 1918, bitwa warszawska. Tworzyło to pożywkę do dosłownego traktowania słów Pierwszej Brygady:

Mówili, żeśmy stumanieni,
Nie wierząc nam, że chcieć, to móc.

Przekonanie, że „chcieć, to móc” stanowiło podstawę myślenia młodzieży, która na własne oczy widziała odrodzenie Polski. Echo tego paradygmatu pobrzmiewa nawet w harcerskich pieśniach dwudziestolecia.

O ile jednak żołnierze walczący w szeregach Pierwszej Brygady doskonale zdawali sobie sprawę, że słowa pieśni są tylko skrótem myślowym, ci którzy w 1914 roku patrzyli na nich co najmniej sceptycznie, jeśli zmienili zdanie, stali się nagle gorliwymi wyznawcami mitu woli i czynu. Szczególnie, że następne wydarzenia zdawały się potwierdzać iż „chcieć, to móc”.

30 października 1918 roku młodzież krakowska zaczęła spontanicznie rozbrajać żołnierzy austriackich. Przerażona komenda garnizonu krakowskiego szybko przekazała władzę przedstawicielom Polaków.
31 października 1918 grupa oficerów, studentów i uczniów spontanicznie rozpoczęła antyukraińskie powstanie we Lwowie, zwane mylnie „obroną Lwowa”.
10 listopada 1918 ludność Warszawy spontanicznie zaczęła rozbrajać garnizon niemiecki. Polska Organizacja Wojskowa włączyła się do działań, gdy opór Niemców zaczął tężeć i groził masakrą cywilów. W wyniku mediacji Rady Regencyjnej, Niemcy zgodzili się wycofać z Warszawy.
27 grudnia 1918 mieszkańcy Poznania spontanicznie rozpoczęli walkę z Niemcami o wyzwolenie Wielkopolski. Do dziś Powstanie Wielkopolskie jest synonimem zwycięskiego powstania.
w latach 1919-21 trzy powstania śląskie doprowadziły do powrotu do Polski sporej części Górnego Śląska i korekty na rzecz Polski wyników plebiscytu.
22 sierpnia 1919 roku antylitewskie powstanie sejneńskie uniemożliwiło przyłączenie suwalszczyzny do Litwy,
w październiku 1920 roku generał Lucjan Żeligowski pozorując bunt przeciw Pilsudskiemu przeprowadził antylitewskie powstanie w zdominowanym przez Polaków Wilnie.
Ostatecznie mit woli i czynu utrwaliła zwycięzka bitwa warszawska 15 sierpnia 1920 roku. W sytuacji w oczach laików beznadziejnej Piłsudski przeprowadził oczywisty manewr strategiczny identyczny z manewrem Hannibala pod Kannami, Schlieffena we Francji w 1914 roku, Żukowa pod Stalingradem, czy też niemieckim uderzeniem na Francję w 1940 roku. Nie było w tym żadnego cudu, chyba że za cud uznać arogancką głupotę bolszewików lekceważących skrzydła (ciekawe, że ten sam błąd popełniali wielokrotnie także w latach II wojny światowej). Przeciętny mieszczuch, czy choćby zwykły żołnierz nie rozumiał jednak meandrów strategii. Widział za to zaskakującą zmianę sytuacji z tragicznej w pełne zwycięstwo.

Warto zauważyć, jak wiele z tych wydarzeń miało charakter wystąpień spontanicznych, nie zaplanowanych.

Na tej pożywce wyrosło pokolenie wierzące w wyższość morale nad chłodną kalkulacją. Wydarzenia 1914-1922 pokazały i wyrobiły przekonanie, że pełen zapału choć źle uzbrojony głodny, bosy i źle ubrany żołnierz jest w stanie bić liczniejszego, lepiej uzbrojonego i wyposażonego przeciwnika. Pomijano przy tym dość istotny fakt, że przeciwnik był na ogół równie głodny, goły, bosy i źle uzbrojony, a przynajmniej – jak jednostki niemieckie w Warszawie – całkowicie zdemoralizowany.

Ignorowano doświadczenia z powstań śląskich i wielkopolskiego, które pokazywały, że wojsko niemieckie bardzo słabo ulega demoralizacji, szczególnie gdy walczy w obronie „własnego” terytorium. W końcu w powstaniach śląskich przeciw Polakom nie walczyły oddziały regularne, tylko dwukrotnie Grentzschutz (Straż Graniczna), a w trzecim powstaniu ochotnicza formacja Freikorps, będący czymś na kształt powstania proniemieckiego przeciw entencie i Polakom. Poza Wielkopolską i Warszawą polscy powstańcy nie walczyli przeciw armii niemieckiej. Przy czym w Warszawie Niemcy opanowali własny chaos już na drugi dzień po rozpoczęciu walk, a w Wielkopolsce od początku kontrolowali sytuację starając się wręcz sprowokować Polaków do walki. Zaskoczył ich nie wybuch powstania, a skala jego organizacji. No cóż, tym razem Niemcy nie wzięli pod uwagę, że przeciw nim walczyć będą złożone z Polaków… regularne jednostki armii niemieckiej.

Ów mit woli i czynu podtrzymywało wyszkolenie wojskowe większości polskich oficerów, którzy szkoleni byli według wzorów francuskich, a często kończyli francuskie uczelnie wojskowe. Tymczasem nasz sojusznik wyznawał wówczas doktrynę l’esprit de corpse, czyli Ducha Armii, a więc morale. Do takich wniosków francuskich teoretyków wojska doprowadził przebieg pierwszej wojny światowej, w której wola walki francuskich żołnierzy przeważyła nad wyszkoleniem i wyposażeniem armii niemieckiej. Po upokorzeniu 1870 roku francuscy sztabowcy byli przekonani, że w lecie 1914 roku przegrają. Szczególnie, gdy Alfred von Schlieffen zaskoczył sztab francuski atakiem przez Belgię. Mimo to we wrześniu 1914 roku, gdy sytuacja wydawała się beznadziejna, francuscy żołnierze zatrzymali Niemców nad Marną, a w końcu wygrali wojnę.
To zbudowało u nich przekonanie o wyższości morale nad nieczułą maszyną. Skutek dał o sobie znać w maju 1940 roku, gdy niemiecie czołgi rozjechały francuskie morale gąsienicami.

Niemniej, wychowani na legendzie lat 1914-22, nie pamiętający narodowych klęsk i wyszkoleni po francusku polscy oficerowie wierzyli w 1944 roku, że chcieć, to móc, że jest możliwy zryw spontaniczny, że wystarczy wybrać dobrą chwilę, żeby osiągnąć sukces. Wierzyli wreszcie, że największą zbrodnią jest kunktatorstwo, czego uczono ich analizując szanse powstania listopadowego.

Najbardziej chyba wierzył w to nie mający przygotowania ani doświadczenia operacyjnego kawalerzysta Tadeusz Komorowski, „Bór”.

c.d.n.
Ślepa uliczka Sikorskiego

Władysław Sikorski uważany jest za jedną z największych postaci polskiej historii o formacie podobnym do takich postaci, jak Tadeusz Kościuszko, ks. Adam Czartoryski, czy Józef Piłsudski. Szczególnie porównanie z tym ostatnim – przez długie lata politycznym rywalem – miało dla Sikorskiego istotne znaczenie. Niestety, taka nobilitacja Naczelnego Wodza z lat 1939-43 jest niesłuszna.

Sikorski był niewątpliwie wybitnym wojskowym i sprawnym administratorem państwa. Jego sukcesy, to przede wszystkim opanowanie chaosu, w jaki świeżo utworzone polskie państwo po zabójstwie prezydenta Narutowicza wrzuciła skrajna lewica (dwukrotnie Sikorski wprowadził wtedy stan wyjątkowy) oraz utworzenie Korpusu Ochrony Pogranicza, który spacyfikował podburzane przez sowiecką agenturę Kresy Wschodnie. Sukcesem militarnym Sikorskiego było na pewno zatrzymanie północnego skrzydła wojsk sowieckich nad Wkrą w 1920 roku. Był on też wybitnym teoretykiem wojska tworząc pierwsze po rozbiorach polskie regulaminy wojskowe. Największym jego dziełem z zakresu teorii wojskowej jest opracowanie „Przyszła wojna”, które w 1934 roku trafnie rozpoznawało kierunki rozwoju taktyki i strategii akcentując rolę lotnictwa i broni pancernej. Wbrew propagandzie komunistycznej, opracowanie Sikorskiego zostało poważnie potraktowane przez polskie władze wojskowe, które rozpoczęły prace nad rozwojem obu rodzajów broni. Niestety, polskie możliwości gospodarcze nie pozwoliły ich dokończyć.

Jednocześnie Władysław Sikorski cechował się brakiem orientacji politycznej koniecznej do kierowania państwem w warunkach kryzysowych. Nie umiał dostrzegać zmian w układzie sił i dostosowywać do nich sposobu działania. Po kryzysie przysięgowym nadzorował nabór Polaków do armii austriackiej, czym w istocie torpedował podjętą przez Piłsudskiego próbę zwrotu w polityce wobec zaborców. W 1926 roku nie tyle zachował neutralność, ile wyprowadził wojsko z koszar, wsadził do wagonów i… czekał na sygnał, kto zwycięży. Prawdopodobnie zamierzał „przybyć z odsieczą” zwycięzcy i w ten sposób stać się tym, który rozstrzygnął starcie. Tyle, że walki niespodziewanie skończyły się po trzech dniach (w istocie nikt ich nie chciał), a Sikorski został na peronie we Lwowie z opinią kunktatora. Ta opinia i dość niejasne relacje między nim a wywiadem francuskim, spowodowały odsunięcie go od funkcji wojskowych w 1928 roku.

Swoje pięć minut Władysław Sikorski miał we wrześniu 1939 roku. Rząd Rzeczypospolitej Polskiej 17 września 1939 roku przekroczył (zgodnie z ustaleniami sojuszniczymi) granicę Rumunii, aby (zgodnie z ustaleniami sojuszniczymi) udać się do Francji skąd miał kontynuować walkę. Zarówno Rumunia, jak i Francja szukały jednak okazji do wykręcenia się od sojuszu z Polską i uniknięcia udziału w konflikcie. Rumunia wykorzystała fakt, że traktat z Polską mówił o sojuszu w razie agresji sowieckiej, ale nie wspominał o zagrożeniu ze strony Niemiec. W istocie miał on bowiem zabezpieczyć polskie tyły zagrażając Rosji atakiem z południa. Problem w tym, że rząd Rzeczypospolitej po agresji 17 września nie ogłosił stanu wojny z ZSRR. Rząd Rumunii trzymając się litery traktatu mógł więc spokojnie ogłosić neutralność. Z rumuńskiego punktu widzenia wejście w orbitę wpływów niemieckich było lepszą gwarancją bezpieczeństwa wobec Rosji, niż sojusz z Polską. Inna rzecz, że na tych rachubach Rumuni przewieźli się jak Zabłocki na mydle, bo już rok później musieli oddać Węgrom Siedmiogród obejmujący blisko połowę ich państwa. Kilka miesięcy później Sowieci zajęli z kolei Bessarabię dopełniając rozbioru Rumunii. Cóż, zdrada nie popłaca.

Francja z kolei odmówiła przyjęcia na swoje terytorium rządu złożonego z ludzi, którzy „doprowadzili do wojny”. Nie wymówiła formalnie porozumień sojuszniczych, ale w istocie zawiesiła je z przyczyn personalnych. I tu po raz pierwszy zabłysnął Władysław Sikorski. W ciągu jednego dnia skompletował nowy skład rządu z osób dobrze postrzeganych przez Francuzów i zaproponował Władysława Raczkiewicza – prezesa Światowego Związku Polaków z Zagranicy, który w tym momencie już przebywał w Paryżu. To uratowało sytuację i zapewniło prawną ciągłość państwa polskiego.

Tu jednak generał Sikorski popełnił pierwszy poważny błąd nie ogłaszając (znowu, pierwszy był Mościcki) stanu wojny z Sowietami. Rząd ograniczył się do niejasnej deklaracji, że między RP a ZSRR istnieje stan wojny de facto spowodowany inwazją, ale nie ogłoszono stanu wojny de iure. To ograniczyło możliwości działania polskiej dyplomacji w czasie wojny zimowej (można przecież było od razu zawiązać sojusz z Finami) i później. Co więcej, rozwiązywało to ręce sojusznikom w kwestii konfliktu polsko-sowieckiego. Skoro nie ma wojny, to oni nie mają obowiązku udzielać w tym zakresie pomocy.

Drugim „strzałem w dziesiątkę” było podpisanie umowy sojuszniczej z Wielką Brytanią po klęsce Francji. Jeszcze w trakcie działań wojennych na terytorium Francji Sikorski znalazł się w Londynie oferując Churchillowi wsparcie blisko 100-tysięcznej armii polskiej. Dla premiera Wielkiej Brytanii, który potrzebował każdego żołnierza, ta oferta była darem niebios. Samo ulokowanie Polaków w Szkocji w obozach szkoleniowych pozwalało przegrupować jednostki brytyjskie na południe, do obrony południowej Anglii. Trzeba pamiętać, że od września w Wlk. Brytanii stacjonowały polskie niszczyciele wycofane z Bałtyku w ramach operacji „Pekin”. Sikorskiemu porozumienie z Churchillem dawało możliwość ewakuowania na ogół nie naruszonych jednostek polskich (Francuzi niechętnie wysyłali Polaków do walki) z terytorium wroga, na obszar jeszcze bezpieczny.

Tu jednak Wódz Naczelny popełnił drugi błąd. W 1940 roku Churchill znajdował się „pod ścianą”. Był gotów zgodzić się niemal na wszystko, byle tylko uzyskać dodatkowych żołnierzy do obrony wyspy. Był gotów dogadać się nawet z Petainem albo wywołać wojnę z Francją. Cokolwiek, byle osłabić Niemców i wzmocić Królestwo. W tej sytuacji Sikorski mógł podjąć próbę wymuszenia na Churchillu deklaracji gwarancji polskiej granicy wschodniej. Można było nawet ująć to ugodowo tak, by Chuchill czuł się dowartościowany wspomnieniem linii Curzona, ale jednocześnie zobowiązać go do obrony polskiego Grodna, Lwowa i Wilna. Cokolwiek, byle rząd JKM czuł się zobowiązany reprezentować polskie interesy w tej kwestii.

Układ z 5 sierpnia 1940 roku mówi jednak tylko o budowie polskiej armii i pobycie polskiego rządu w Wlk. Brytanii. Nie wspomina o zobowiązaniach sojuszniczych. Żaden dokument nie precyzuje zobowiązań brytyjskich w zamian za polską pomoc.

Od tego momentu zaczyna się równia pochyła złożona z kolejnych błędów Sikorskiego.

Układ Sikorski-Majski znów nie określa kwestii granic odsyłając ją do ustaleń konferencji międzynarodowej po wojnie. Sikorski zgodził się więc na to, by o granicach polskich po wojnie decydowali Brytyjczycy (optujący za linią Curzona) i Sowieci chcący polską granicę przesunąć jak najbardziej na wschód. Oznaczało to w istocie rezygnację z Kresów.

Kolejnym błędem była rezygnacja z jednoznacznego wyjaśnienia losów polskich oficerów. O tym, że brakuje kilku tysięcy ludzi wiadomo było już w trakcie polsko-sowieckich rozmów w Moskwie na przełomie 1941 i 1942 roku. Na pytanie ze strony polskiej, co się z nimi stało, Stalin miał odpowiedzieć: „My sdiełali s nimi bolszuju oszibku” (uczyniliśmy wobec nich ogromny błąd). To był sygnał, którego nie wolno było zignorować.

Układ Sikorski-Stalin nie precyzował też wielu istotnych spraw, jak choćby zasad użycia tworzonej w ZSRR Armii Polskiej. Ten brak umożliwił późniejszy konflikt z Andersem, ze wszystkimi jego konsekwencjami.

Wreszcie błędem było wyrażenie zgody na to, by sowieci ogłosili amnestię wobec zesłanych i uwięzionych obywateli polskich. Amnestia bowiem jest aktem łaski władzy wobec ludzi prawomocnie skazanych. Zgoda na amnestię oznaczała de facto uznanie, że sowieci mieli prawo skazać obywateli RP na więzienia i zsyłki. Skoro mieli prawo, to znaczy, że ich władza na zagarniętych Kresach była legalna.
Zgadzając się na amnestię Sikorski uznał prawne i polityczne skutki agresji z 17 września 1939 tracąc tym samym prawo do upominania się o powrót tych ziem do Polski. Te błędy Stalin skwapliwie wykorzystał w Teheranie i Jałcie.
W stanowisku strony polskiej zabrakło stanowczości i konsekwencji, co legło u podstaw późniejszych klęsk.

Od czerwca 1940 do grudnia 1941 roku polska polityka znajdowała się w znakomitym położeniu. Byliśmy jedynym liczącym się sojusznikiem Wielkiej Brytanii. Nasi piloci i marynarze ocalili Wielką Brytanię. Oczywiście, nie sami, ale ich rola była nie do przecenienia. Uczestniczyli w kampanii afrykańskiej walcząc w Tobruku. Ten czas był doskonały do stawiania żądań Brytyjczykom nawet szantażując ich porozumieniem z Niemcami. W końcu przez cały czas Niemcy wysyłały w stronę zarówno Brytyjczyków, jak i Polaków pojednawcze sygnały przeplatane kolejnymi aktami agresji. Było to na zasadzie: dogadajcie się z nami, bo będzie gorzej. Pretekstem do rozmów mógła być choćby Akcja A-B. Argument, że w celu ratowania elity intelektualnej rząd polski zagadza się na rozmowy pokojowe byłby wiarygodny i racjonalny.

Sikorski nie podjął jednak żadnej takiej próby wychodząc z założenia, że wystarczy polski udział w wojnie, aby sojusznik czuł się zobowiązany. Problem w tym, że Brytyjczycy bardzo nie lubią „czuć się zobowiązanymi”. Udział Polaków w wojnie interpretowali więc jako wyraz wdzięczności „biednych Polaków” za brytyjską pomoc w walce. W ten sposób unikali zobowiązania.
Rząd Rzeczypospolitej nie dopilnował nawet takiego „drobiazgu”, jak zalegalizowanie pobytu polskich obywateli na Wyspach, co obiło się negatywnie już po wojnie.

Możliwość wymuszenia korzystnych rozwiązań i gwarancji wzmogła się po pierwszych sowieckich klęskach latem 1941 roku. To był czas, kiedy strona polska w zamian za armię, czy intensyfikację działań dywersyjnych na niemieckich tyłach mogła zażądać od sowietów czegokolwiek. I znowu, nie zażądano niczego tracąc jedyną w swoim rodzaju szansę.

Sikorski bowiem pojmował politykę w kategoriach salonowo-towarzyskich. Pozycję Polski wobec Wielkiej Brytanii opierał na osobistej znajomości z Churchillem. Był przy tym tak powolny polityce brytyjskiej, że kiedy Kazimierz Sosnkowski oprotestował brak ustaleń odnośnie granic w układzie Sikorski-Majski, Wódz Naczelny pod presją Brytyjczyków wyrzucił Sosnkowskiego z rządu.

Sikorski nie zauważył przy tym zmiany w układzie sił na politycznej scenie. Nie dostrzegł, że pojawienie się po stronie aliantów Rosji, a potem Stanów Zjednoczonych zepchnęło Polskę do roli pierwszoplanowego drugorzędnego sojusznika. Takiego, któremu komunikuje się ustalenia wielkich, ale nie pyta o zdanie. A głównego aktora staliśmy się statystą, petentem proszącym o posłuchanie w korytarzu.

Tymczasem majstersztykiem dyplomacji były działania Francuzów, którzy z kraju przegranego i sojusznika Niemiec przekształcili się w czwartego głównego uczestnika koalicji z zagwarantowanym udziałem w konferencji poczdamskiej i własną strefą okupacyjną w Niemczech. Taka była cena Francuzów za odstąpienie od Niemców, podobnie jak wcześniej ceną za opuszczenie koalicji był „własny” rząd i utworzenie „strefy nieokupowanej”.

Do tego wszystkiego doszła jeszcze jedna fatalna cecha Władysława Sikorskiego: małostkowość i mściwość. Apologeci generała niechętnie o tym mówią, że na Snake Island w Szkocji Sikorski utworzył obóz koncentracyjny dla politycznych przeciwników osadzając tam głównie elity przedwrześniowe. Symptomatyczny jest tu los Wieniawy-Długoszowskiego (zmuszonego do podwójnej emigracji) i Ludomiła Rayskiego, dowódcy polskiego lotnictwa przed kampanią wrześniową. Wieniawa, pozbawiony możliwości walki o swój kraj popełnił samobójstwo, a Rayski zwolniony z obozu po interwencji Brytyjczyków walczył jako szeregowy pilot w RAFie. Do polskiego lotnictwa został przyjęty dopiero po śmierci Sikorskiego.

Ludzi związanych z przedwojenną elitą można było „ukarać” na różne sposoby, ale zakazanie żołnierzowi walki w obronie Ojczyzny jest zwykłą podłością. Szczególnie wtedy, gdy jak Wieniawa rezygnuje on ze stropnia generalskiego i chce walczyć jako szeregowy.
Fakt, że taką samą podłość popełnił również Rydz-Śmigły w stosunku do Sikorskiego nie usprawiedliwia tego drugiego.

Pozbawienie polskiej armii wielu wybitnych dowódców, których jedyną „winą” bylo to, że nie byli tępieni przez Piłsudskiego, było poważnym błędem personalnym. Dodajmy, że Sikorski skonfliktowany był także z Andersem, Roweckim i Karaszewiczem-Tokarzewskim. Polem konfliktu była zarówno nierealistyczna polityka wschodnia Sikorskiego, jak i jego ingerencje w sprawy personalne. Szczególnie Rowecki toczył z Sikorskim boje na tym polu, gdyż notorycznie otrzymywał z Londynu zakaz mianiowania na wyższe funckje wojskowe ludzi związanych z sanacją. Myślenie takie godziło w politykę Roweckiego dążącą do scalenia działających w kraju organizacji pod jednym kierownictwem w jednolitę strukturę wojskową, a to wymuszało kompromisy personalne.

Tymczasem pojawił się konflikt polsko-sowiecki. Spychani przez Niemców w stronę Stalingradu Sowieci zażądali od Polaków wysłania na front gotowych do walki jednostek Armii Polskiej w ZSRR. Anders odmówił obawiając się słusznie, że sowieci będą dążyli do stopniowego wykrwanienia Polaków tak, by w chwili wkroczenia na terytorium RP Armia Polska istniała w stanie szczątkowym. Że miał rację pokazały starcia pod Lenino, czy na Przełęczy Dukielskiej, gdzie sowieci pozwolili Niemcom zmasakrować jednostki polskie i czechosłowackie.

Anders dążył przede wszystkim do ocalenia jak największej liczby podległych sobie żołnierzy. Dlatego jak mógł starał się nie angażować swoich sił w konflikcie. II Korpus wszedł do działania dopiero wiosną 1943 roku we Włoszech jako jedna całość organizacyjno-taktyczna.

Sowieci ze swej strony nie chcieli dopuścić, aby Polskę wyzwalali podporządkowani Londynowi Polacy. Wobec istniejących już wtedy planów wybuchu ogólnonarodowego powstania w chwili wejścia sojuszników na terytorium RP taka możliwość oznaczałaby przekreślenie planów zwasalizowania Polski. To powodowało nakręcanie konfliktu z Andersem i przedstawianie Polaków wobec rządu brytyjskiego jako unikających walki.
Do konfliktu tego nie doszłoby, gdyby Sikorski zadbał o właściwe zapisy w porozumieniach. W każdym razie plan sowiecki byłby trudniejszy do realizacji, a odmowa wysłania jednostek na front nie byłaby buntem „jakiegoś tam” generała, ale skutkiem umowy międzypaństwowej.

W lecie 1942 roku wobec zbliżania się sił niemieckich w porozumieniu z Brytyjczykami Anders ewakuował Armię Polską z terytorium ZSRR. W tym momencie taka decyzja była racjonalna. Trwały bitwy o Kaukaz i o Stalingrad, gdyby Niemcy wygrali, Polacy znaleliby się na pierwszej linii frontu.

Z drugiej strony trwała kampania afrykańska, z którą Churchill wiązał plany walki o wyzwolenie Europy. Według niego sojusznicy powinni uderzyć na Bałkany wykorzystując istniejącą w Grecji i Jugosławii partyzantkę i odcinając Niemców (a przy okazji i Sowietów) od rumuńskich pól naftowych i pozbawiając Rzeszę wsparcia najbliższych sojuszników. Churchill liczył przy tym na to, że Węgrzy, Rumuni i Bułgarzy, a także Czesi stoją przy Niemcach z przymusu, a nie z dobrej woli. Podejście aliantów do ich granic powinno spowodować zerwanie tych rządów z Niemcami, na podobnej zasadzie jak odbyło się to w 1941 roku w Jugosławii i Grecji.

Późniejsze wydarzenia potwierdziły rachuby Churchilla, tyle że polityczne zwroty w tych krajach odbywały się w interesie Rosji. Jeśli dodamy partyzantki słowacką i polską oraz fakt, że zaangażowani na Zachodzie i Wschodzie Niemcy nie byliby w stanie skutecznie zablokować Bałkanów, to wynik takiej kampanii byłby prawdopodobnie uwieńczony sukcesem. Z tego powodu Churchill nazywał Bałkany „miękkim podbrzuszem Europy”.

Gdyby plan Churchilla został zrealizowany, alianci odcięliby Sowietów od Europy uniemożliwiając im utworzenie późniejszego imperium. Plan ten dowodzi, że Churchill nie miał wobec Stalina złudzeń.

Podczas realizacji planu ataku na Bałkany Armia Polska, późniejszy II Korpus Polski byłby bardzo ważnym czynnikiem militarnym. Żołnierze idący do swojego kraju szli by jak taran.

Niestety, w 1943 roku do wojny w „Europie” włączyli się Amerykanie, a na czele sił sojuszniczych stanął amerykański generał-sztabowiec i dyplomata Dwight Eisenhower. Amerykańska filozofia: maksimum wyników przy minimalnych stratatach oraz być może wpływ sowieckiej agentury na Roosevelta spowodowały odrzucenie planu Churchilla. W zamian za to Amerykanie zaangażowali się w zupełnie niepotrzebną i pełną gigantycznych ofiar kampanię włoską.

Wyjście Andersa dało sowieckiej propagandzie pretekst do zasypania Polaków oskarżeniami o unikanie walki, zdradę i współpracę z Niemcami. W tym klimacie w kwietniu 1943 roku Niemcy ogłosili „odkrycie” grobów polskich oficerów w Katyniu.
I tu Sikorski popełnił ostateczny błąd żądając wyjaśnienia sprawy przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Stalin oskarżył Polaków o współpracę z Hitlerem i wypowiedział układy z rządem RP zrywając stosunki dyplomatyczne. Sowieci przestali być sojusznikiem Polski.

Polityka generała Sikorskiego doprowadziła do tego, że gdy 1 stycznia 1944 roku oddziały sowieckie przekroczyły granicę RP mogły swobodnie traktować jednostki AK jako sojuszników lub wrogów zależnie od sytuacji i dobrego humoru. Sowieci nie byli związani żadnymi układami wobec Polski. Do tego na Kresy wchodzili jak na swoje terytorium bez problemu skazując polskich żołnierzy na zsyłkę lub śmierć za „zdradę radzieckiej Ojczyzny”. Dodatkowo zyskali propagandowy argument na rzecz tezy o polsko-niemieckiej współpracy. Teza ta odegrała kapitalną rolę w przededniu Powstania Warszawskiego.

W lecie 1944 roku następcy Władysława Sikorskiego musieli zmierzyć się ze skutkami jego polityki: niechęcią rządu brytyjskiego i osobiście Churchilla zmęczonego „osobistymi” kontaktami z Sikorskim, otwartą wrogością Sowietów, brakiem jednoznacznych zobowiązań ze strony sojuszników i antypolską propagandą Stalina. Sikorski doprowadził do tego, że alianci mieli serdecznie dość „sprawy polskiej”.

Powstanie było odłożoną w czasie konsekwencją błędów politycznych popełnionych przez Sikorskiego. W lecie 1944 roku wydawało się ono jedynym wyjściem ze ślepej uliczki, w którą Polskę wepchnęła irracjonalna polityka Władysława Sikorskiego.

cdn

  • RSS